-Nie rozpieszczaj jej-powiedział mu Mario Goetze siadając obok mnie-a swoją drogą... Jak ci się udało tak wykiwać Weidenfellera?-dodał ciszej, wskazując głową tył. Bramkarz siedział ze spuszczoną głową, pogrążony w myślach.
-Smutno mu?-zapytałam patrząc w przystojną twarz Niemca.
-Odkąd zszedł z boiska jest przybity...
-To moja wina...-powiedziałam wstając-przesuń się-mruknęłam w stronę Roberta.
Podeszłam do miejsca, w którym siedział Weidenfeller.
-Wszystko OK?-zapytałam. Czułam, że nie tylko Lewy i Goetze mi się przypatrują. Na chwilę podniósł głowę.
-Taak...
Usiadłam obok.
-Przejmujesz się?
Przez chwilę milczał, a potem powiedział bardzo cicho, jakby z wyrzutem.
-Zrozum... Jesteś dziewczyną.. Tyle goli nie straciłem przez cały sezon, a tu nagle jedno popołudnie i...-urwał, dramatycznie podniósł ręce i znowu zmarkotniał.
-Spójrz na to z jaśniejszej strony-rzekłam wygodniej układając się w fotelu- jestem teraz w twoim klubie, więc nie mogę strzelać ci bramek, a jeżeli to zrobię, zostanę wyrzucona-podniósł głowę i przyjrzał mi się- myślę, że piłkarze Legii też nie będą rozpowiadać o tym co się stało...
-Dlaczego?-zapytał wyczekująco. W samolocie było cicho, nikt się nie odzywał. Słychać było tylko równomierny szum silników.
-Przez całe 90 minut nie potrafili cię pokonać, a weszła jakaś 15 letnia...-przerwałam, zdając sobie sprawę, że nie potrafię kląć po niemiecku-...dziewczynka-parskną śmiechem- Byłeś zmęczony po całym meczu i kilku na prawdę popisowych akcjach, ale i tak najlepszy...-wiedziałam, że poprawiłam mu humor.
-Dzięki-powiedział Mario kiedy wróciłam- to było mega miłe...
-...i prawdziwe-dodał Robert uśmiechając się do mnie.
********************************************************************************
Na lotnisku czekał na nas autobus.
-Jedziemy teraz do obiektów sportowych, gdzie trenujemy-tłumaczył mi Lewy, kiedy wkładał moje 2 walizki do bagażnika. Powoli robiło się ciemno. Lekki wiaterek poruszał moimi włosami. Odetchnęłam głęboko.
Kiedy zajęliśmy miejsca (ja pod oknem), Robert zaczął mi opowiadać o salach i boiskach na których będziemy ćwiczyć.
W pewnym momencie poczułam, że moje powieki są ciężkie i powoli opadają. To było coś nowego. Zwykle godzinami zmuszałam się do snu, a później spałam tylko 3-4. Bezsenność była przerażająca.
Usnęłam z głową opartą o jego ramię. Autobus jechał gładką autostradą, pracując równomiernie. Kiedy się ocknęłam Robert przyglądał mi się. Prawie wszystkie rozmowy ucichły.
-Przeeepraszam-ziewnęłam z uśmiechem.
-Już nie daleko-szepnął w moje włosy.
Nagle ogarnął mnie niepokój. Usiadłam prosto.
-Robert-powiedziałam zachrypniętym głosem. Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Co się stało?
-Gdzie ja będę mieszkać?-zapytałam. Przyglądałam się, jak na jego twarzy pojawia się wesoły uśmiech. W głowie już słyszałam głos Kloppa:"Nie masz gdzie mieszkać, wracasz do domu...".
-Spokojnie-powiedział Robert - mam małą kawalerkę niedaleko obiektów sportowych... Zamieszkasz ze mną.
YES, YES, YES. Z takim ciachem mogę zamieszkać nawet pod mostem.
Uśmiechnęłam się wesoło.
W głośnikach rozległ się głos kierowcy.
-DOJEŻDŻAMY!- na co większość drzemiących piłkarzy natychmiast się ocknęła.
-Dobra chu*u...-mruknął zaspany Piszczek za nami-...nie musisz się tak drzeć...
****************************************************************************
-Ciemno jak w pizdu-skomentował Reus kiedy wysiedliśmy z autobusu.
-Wyrażaj się-skarcił go Lewy-przy młodej...
-Sam jesteś młody-powiedziałam ze śmiechem, a Marco zrobił do Roberta minę pt.: BITCH PLEASE i objął mnie ramieniem.
Staliśmy przed wysokim, białym budynkiem. Duże okna, przez które sączyło się światło, oświetlały ścieżkę żwirową, którą był wysypany podjazd.
Kiedy kierowca szukał klucza do bagażnika, duże, brązowe drzwi otworzyły się, a w smudze światła zobaczyłam kilka postaci zbiegających po marmurowych schodach.
Zrozumiałam co się dzieje. Piłkarze czekali, aż ich dziewczyny/narzeczone/żony rzucą im się w ramiona. Szybko zarządziłam ewakuację. Moim celem było znalezienie bagażu.
Kiedy schyliłam się, żeby dosięgnąć moją walizkę do moich uszu dobiegł ssąco-przyssawkowy dźwięk. Podniosłam głowę i zobaczyłam, że Robert obejmuje w talii piękną, wysportowaną brunetkę. Zanim się zorientowałam, z całej siły wyrżnęłam w klapę zamykającą bagażnik.
Ssąco-przyssawkowy dźwięk natychmiast ucichł. Lewy rzucił się by mi pomóc, a brunetka podparła się rękami o boki i krytycznie zmierzyła mnie wzrokiem.
-Kto to jest?-zapytała się zwracają się do niego. Jej głos był zimny i pozbawiony emocji, chociaż w jej oczach pojawiły się groźne ogniki, które były widoczne mimo ciemności.
Wstając rozejrzałam się dookoła. Oprócz Roberta, dziewczyny i kierowcy nikt nie dostrzegł jak zaliczam glebę.
-Magda-powiedziałam, wystawiając dłoń. Nie ścisnęła jej, a ręce skrzyżowała na piersiach. Chrząknęłam i cofnęłam rękę.
-Robert-przeniosła wzrok na niego-musimy porozmawiać.
-Dobrze-rzekł ten i ruszył za nią w stronę otwartych drzwi do budynku. Kiedy mnie mijał spojrzałam w jego oczy, które jakby mówiły:"PRZEPRASZAM, ONA TAK ZAWSZE".
-Spoko-mruknęłam tak żeby nie dosłyszała.
Spoglądałam za nimi dopóki nie zniknęli w środku.
-Poznałaś już Anię-usłyszałam za sobą Błaszczykowskiego. Odwróciłam się. Opierał się o autobus z wredną miną. Po chwili zbliżył się i dodał bardzo wyraźnie-oni się kochają... Chyba nie myślałaś, że poderwiesz Roberta?
W sumie... tak myślałam.
-Spieprzaj-powiedziałam tylko. Po chwili byłam przedstawiana, witana, całowana i przytulana. Nie miałam czasu, żeby zastanowić się nad słowami Kuby.
****************************************************************************
Kiedy w końcu weszliśmy do budynku, oniemiałam.
Podłoga była z biało-czarnych płytek wyglądających jak szachownica. Po prawej stronie znajdowały się schody. Dopiero kiedy weszłam dalej spostrzegłam, że obok schodów po prawej znajdują się drzwi do jadalni. W górze wysoko nad czarno-białą posadzką wisiał kryształowy żyrandol.
-Gdzie mogę się odświeżyć po podróży?-zapytałam Reusa stojącego najbliżej.
-Tam jest łazienka-powiedział, wskazując mały korytarz obok schodów naprzeciw nas.
-Dzięki-mruknęłam i zabrawszy podręczną torebkę ruszyłam w tamtą stronę. Obok schodów stał mały drewniany stolik, na którym stał wazon ze świeżymi kwiatami. W korytarzyku paliły się lampy, sprawiając wrażenie przytulnego. Na ścianach wisiały kolorowe obrazy.
Drzwi na końcu korytarza były lekko uchylone. Szybko je otworzyłam i poczułam ciepły powiew powietrza. Dokładnie zamknęłam je za sobą i stanęłam przed lustrem.
-O mój...-urwałam. Jeszcze raz spojrzałam w lustro. Za mną znajdowały się jeszcze jedne białe drzwi. Były lekko uchylone. Po chwili dobiegł mnie przytłumiony głos.
-Przywozisz tu tą gówniarę i myślisz, że ci w tym przyklasnę?!
-Ania, to nie tak...
-Dlaczego mnie nie uprzedziłeś?!
-Aniu... posłucha ja...-Robert był wyraźnie zmęczony.
Przybliżyłam twarz do lustra odgarniając włosy z miejsca, w które się uderzyłam, nadal przysłuchując się ich kłótni.
Bardzo nie ładnie Madziu...
-Pamiętasz co powiedziałam ci przed wyjazdem?-zapytała z udawanym spokojem Anka
-Oczywiście-odpowiedział Robert-powiedziałaś, że jak zobaczysz mnie w towarzystwie innej kobiety to...
-I wcale się nie przejąłeś!-warknęła. Słuchać było, że kopnęła w drzwi jednej z kabin.
-Przecież to jeszcze dziecko-powiedział Lewy z rezygnacją.
-Ładnie rozwinięte dziecko!
Starałam się obmyć krew z przeciętej skóry na głowie i zamarłam.
-Posłuchaj...-Robert zniżył głos, tak że musiałam uważnie się przysłuchiwać-ona nic dla mnie nie znaczy... Nie jest ładna, tylko utalentowana, rozumiesz?
Zrozumiałam. Spakowałam swoje rzeczy i wyszłam z łazienki. Nagle zdałam sobie sprawę, że podsłuchiwanie jest bardzo nie kulturalne.
************************************************************************
Weszłam do jadalni. Stół był pięknie przystrojony w odcieniach błękitu.
Szybko zajęłam miejsce obok Piszczka, który opowiadał właśnie Ewie, swojej dziewczynie jak się poznaliśmy.
Po chwili pojawiła się Anka, za którą szedł Robert z nieszczęśliwą miną. Rozejrzała się po zebranych. Ostatnie dwa wolne miejsca były obok mnie.
-Chodź-szepnął w jej stronę Lewy. Usiadł przy mnie, a ona z obrażoną miną dosiadła się po jego drugiej stronie.na przeciwko mnie siedział Reus i Goetze z dziewczynami.
-Co ci się stało?-zapytał Goetze, machając widelcem wokół swojej głowy w miejscu gdzie nadal miałam zaschniętą krew. Automatycznie dotknęłam tego miejsca.
-Aaa, to nic...-bąknęłam.
-Stłukła się, kiedy wyciągała bagaże-powiedziała z pogardą Anka, odgarniając długie brązowe włosy do tyłu.
1:0 dla Wrednej Królowej.
-Mówiłam, że nic takiego-mruknęłam, pokrywając się rumieńcem i opuszczając głowę, na co narzeczona Roberta tylko się uśmiechnęła.
-Robiłaś coś z tym?-zapytał Reus.
-Tak, przemyłam wodą...-powiedziałam podnosząc głowę-ładna łazienka...- wyczułam, że Robert obok mnie sztywnieje-taka przytulna...
-O, dziewczyno! Jak ty się jarasz łazienką to ciekawe co powiesz jak zobaczysz boisko...-powiedział Marco. I zaczął z Mario chaotycznie opowiadać o kortach, salach, siłowniach... Nie zwracałam na to uwagi, bo to samo w autobusie opowiedział mi Lewy.
-Aniu, wracasz dzisiaj do Polski?-zapytał Łukasz.
-Tak. Muszę. Mam treningi-powiedziała nakładając sobie kawałek mięsa na talerz- Karate to ciężka sztuka-dodała.
-Na szczęście ty dajesz sobie radę ze wszystkim-powiedział nieco ironicznie Robert. Widocznie tego nie zauważyła, bo wybuchnęła perlistym śmiechem, obejmując go za szyję.
- Chciałam, żeby jechał ze mną-zwróciła się głośniej do Łukasza-ale mimo tego, że bardzo chciał, musi grać...
-To jego praca-odpowiedział jej Klopp. Anka udawała, że tego nie usłyszała i mówiła dalej:
-Musimy już zacząć myśleć o ślubie...
Robert o mało nie udławił się kawałkiem ziemniaka, kiedy to usłyszał. Wybuchnęłam śmiechem. Przy stole zrobiło się cicho.
-Co cie tak śmieszy?-zapytała Anka lodowatym tonem.
-Bo Robert chyba nie wiedział, że bierzecie ślub-odparłam nadal się śmiejąc i poklepując duszącego się chłopaka-spoko stary, ona żartowała-dodałam zwracając się w jego stronę.Odkaszlnął i napił się wody.
-Już w porządku-powiedział ocierając usta serwetką.
-Na długo jedziesz?-zapytałam się Anki. Siedziała i z konsternacją przyglądała się narzeczonemu.
-Słucham?-zapytała słodziutkim tonem, chociaż w jej oczach czaiło się zło.
-PYTAŁAM... CZY... NA... DŁUGO... JEDZIESZ?!-powtórzyłam głośno i wyraźnie jak do dziecka na co wszyscy wybuchnęli śmiechem. Tym razem to ona oblała się rumieńcem.
1:1 Aniu, zapamiętaj sobie, że Magdy są mściwe... i są sukami.
-Jakieś 2 miesiące-powiedziała niedbale.
-Mówiłaś, że na 4...-powiedziała Ewa z lekkim zaskoczeniem w głosie.
-Zmieniłam zdanie-warknęła, czerwieniąc się jeszcze bardziej. Uśmiechnęłam się pod nosem.
****************************************************************************
Robert miał jechać na lotnisko odwieść Ankę. Wyszliśmy z Łukaszem przed budynek, gdzie razem z taksówkarzem pakował walizki do samochodu.
-Zostaniesz tutaj i poczekasz, aż wrócę-powiedział z zatroskaną miną.
-Nie jest małą dziewczynką-usłyszałam za plecami Ankę. Schodziła po schodach, a za nią powoli szedł Błaszczykowski z rękami w kieszeniach.
-I nie taką znowu ładną-dodałam cicho, tak żeby tylko Robert usłyszał.
-Magda...-zaczął
-Pa, Ania-powiedziałam odwracając się od niego ze słodkim uśmiechem. Nie spodobało jej się to.
-Zajmiemy się nią-powiedział Kuba podchodząc do mnie i kładąc mi rękę na ramieniu. Robert kiwną głową.Kiedy tylko wsiadł do samochodu strzepnęłam rękę Błaszczykowskiego.
Po chwili żwir pod kołami zabrzęczał i taksówka ruszyła. Łukasz podniósł rękę i pomachał za oddalającym się samochodem, po czym zwrócił się do mnie:
-No i co myślisz o narzeczonej Lewego?
-Milusia-opowiedziałam spoglądając tęsknię w stronę, w którą odjechali..
**************************************************************************
Zbliżała się 5 rano. Siedziałam sama w jadalni podpierając głowę w dłoniach. Łukasz z Ewą pojechali do swojego domu.
Reszta poszła na górę do specjalnie przygotowanych sypialni. Reus proponował mi to samo, ale wiedziałam, że nie usnę i to nie miało by sensu. Po jadalni mogłam przynajmniej chodzić.
Pogrążona w myślach, dopiero po chwili usłyszałam chrzęst żwiru na podjeździe. Powoli wstałam i wyczekująco wpatrywałam się w ciemność panującą w przedpokoju. Drzwi wejściowe powoli się otworzyły. Poczułam powiew zimnego powietrza.
-Co ty tutaj robisz?-usłyszałam z ciemności głos Roberta. Po chwili wszedł do jadalni. Wyglądał na zmęczonego.
-Ja... czekam-odpowiedziałam, przypatrując mu się uważnie.
-Całą noc?-zapytał zdziwiony. Przytaknęłam.
-Dobra... nieważne...-oparł się na krześle naprzeciwko mnie- gdzie twoje bagaże?
-Tutaj-wskazałam ręką 2 walizki pod ścianą. Przypomniałam sobie ile miała ich Anka i zrobiło mi się głupio. Podszedł złapał je i ruszył w stronę drzwi.
-Na co czekasz?!-warknął, kiedy zobaczył, że nadal stoję w miejscu.
-Aż wróci Robert-powiedziałam. Odsunęłam krzesło i usiadłam. Zamarł, spoglądając na mnie.
-Słucham?-zapytał z niedowierzaniem-czy ja dobrze zrozumiałem?-postawił walizki i podszedł do stołu.
-Nie wiem co zrozumiałeś, ale ja powiedziałam, że czekam na Roberta...-wyglądał jakby chciał mnie uderzyć. Zacisnął ręce na oparciu krzesła-czekałam całą noc na Roberta...-dodałam, odchylając się na krześle i patrząc w sufit-zamiast tego przychodzisz ty...-spojrzałam na niego z wyrzutem, później wlepiłam wzrok w ciemność panującą w przedpokoju. .
-Mogę poczekać jeszcze chwilkę...-znowu odchyliłam się na krześle.
Zachowuję się trochę jak rozpieszczone dziecko, wiem, ale za to mnie kochacie.
Zapadła cisza. Po chwili usłyszałam dźwięk podsuwanego krzesła i ciche westchnienie.
-Przepraszam-szepnął. Podniosłam na niego wzrok. Pocierał twarz rękami.
Foch zawsze działa. Zawsze.
-Wróciłeś-powiedziałam z uśmiechem.
****************************************************************************
Mieliśmy jechać do jego mieszkania. Kiedy ja pakowałam bagaże do taksówki, Robert poszedł się odświeżyć. Kierowca także wyglądał na zmęczonego jednak nie narzekał. Licznik bił przez całą noc i pojawiła się już na nim niezła sumka.
-Gdzie teraz?-zapytał mnie kiedy usiadłam na tylnym siedzeniu.
-Eeee...
-Niedaleko-powiedział Robert wsiadając. Podał adres i rozsiadł się wygodniej. Zauważyłam kilka kropelek wody, które zatrzymały mu się na podbródku.
-Czekaj...-mruknęłam i wytarłam je.
-Chciałem się rozbudzić...-mruknął zawstydzony, mierzwiąc włosy-Będziemy musieli przejść kilka kroków deptakiem, bo samochody nie mogą tamtędy jeździć.
-Przecież ta panienka zamarznie-powiedział kierowca z uśmiechem, spoglądając na nas w lusterku. Robert przyjrzał mi się krytycznie. Na strój z samolotu założyłam tylko sweterek.
-To przecież nic takiego...-zapeszyłam się-nie no! Co ty robisz?-zapytałam kiedy zaczął ściągać swoją bluzę.
-Klopp mnie zabije jak się rozchorujesz-powiedział podając mi ją-no dalej- dodał kiedy nie zareagowałam.
-Och... no .. dobrze...-powiedziałam z rezygnacją wciągając ręce w za duże rękawy.
-Zasuń się. Jest zimny wiatr...
-Tak jest, kapitanie!-zasalutowałam ze śmiechem. Bluza była cieplutka, za duża i pachniała męskimi perfumami.
Tak jak lubię.
************************************************************************
Wysiedliśmy przy jakimś hotelu. Robert złapał moje walizki i poszliśmy dalej chodnikiem.
-To tu-powiedział Robert wskazując drzwi do kamieniczki, koło kolorowego butiku z ubraniami. Powoli robiło się jasno. Wiatr porywał moje włosy. Kilka osób uprawiało jogging, drzwi piekarni na przeciwko nas były otwarte i w powietrzu unosił się zapach ciepłych bułek.
Weszliśmy po trzech białych schodkach i Robert otworzył przede mną ciężkie brązowe drzwi. Po oby stronach stały doniczki z ozdobnymi krzaczkami.
-Na którym piętrze mieszkasz?-zapytałam kiedy znaleźliśmy się na wąskiej klatce schodowej.
-3-westchnął. Spojrzałam w górę. Schody ciągnęły się wysoko nad nami.
-3? To chyba nie najgorzej.
W niektórych miejscach schody były przetarte, a na ścianach ktoś wyrył inicjały i serduszka.
-Jesteśmy-powiedział Robert i zaczął przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu klucza. Stanęliśmy przed ciemnymi brązowymi drzwiami. Nie pasowały do reszty budynku, były nowe i mocne.
-Gdzie one są...?-Robert wyciągnął kieszenie na lewą stronę-były tu...
-Nie.. tylko nie to...-powiedziałam zmęczona i oparłam się o drzwi.
-Mówię ci... były tu!
Na klatce schodowej było zimno. Moje nogi pokryły się gęsią skórką . Wsadziłam ręce do kieszeni jego bluzy.
-O mam!-powiedziałam wyciągając klucz z zawieszką BVB.
-Noooo-złapał go i szybko otworzył drzwi. W środku było ciemno, ale ciepło.Robert włączył światło.
-Witam w moich skromnych, kawalerskich progach-powiedział z uśmiechem. Staliśmy w ciasnym korytarzu. Znajdowało się tam 4 drzwi.
-Tam jest kuchnia-wskazał koniec korytarza po lewej-toaleta i łazienka-powiedział wskazując na dwoje drzwi przed nami- i sypialnia...
Poszłam za nim na koniec korytarza. Otworzył drzwi i zapalił światło. Spojrzał na mnie wyczekująco. Uśmiechnęłam się.
-Jest cudowne...
**********************************************************************
Obudziłam się następnego dnia i spojrzałam w sufit. Nie mogłam uwierzyć w to co stało się poprzedniego dnia. Zamknęłam oczy, byłam zmęczona. Poszłam spać o 6, a na zegarku była dopiero 10.
Nagle usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła i głośne przekleństwo. Uśmiechnęłam się do siebie.
Łóżko Roberta było puste, przeszłam boso na drugi koniec korytarza.
-Yoo!-powiedziałam wchodząc- co rozbiłeś?
-Szklankę-powiedział. Miał na sobie tylko bokserki-omiń to-wskazał skorupki-zaraz będzie śniadanie.
Wyciągnął jajka z lodówki, później nalał na patelnie olej i włączył gaz. Wyglądał jakby nie do końca wiedział co zrobić
-Robert?
-Gotuję, nie przeszkadzaj... -powiedział wyciągając jajka z wytłaczanki.
-Ale... co ty gotujesz?
-Jajecznice-odpowiedział. Złapał jajko i wbił je na zimny olej.
-Nie mogę na to patrzeć. Dawaj.
-Ale ja jestem mistrzem kuch...
-Oddawaj fartucha Robert!
Zrobił smutną minkę i usiadł przy stole. Wylałam zawartość patelni i zaczęłam od nowa. Podsmażyłam wędlinkę. Stałam do niego tyłem.
-Podoba mi się tutaj-powiedziałam spoglądając w okno, w dole widać było park.
-Mnie też-odpowiedział Robert
Zerknęłam na niego. Siedział rozparty na krześle i przyglądał się mi. W jego oczach tańczyły wesołe ogniki.
-Robert, czy ty...?
-Nie, nie patrzyłem na twój tyłek...
-Chciałam zapytać, czy byłeś rano w sklepie-powiedziałam ze śmiechem.
*************************************************************************
Jedząc jajecznicę opowiedziałam mu o palnie dnia.
-Najpierw posprzątamy całe mieszkanie, później wykąpiemy się i pójdziemy na miasto, a wieczorem obejrzymy mecz Arsenalu, ok?
-Ty ty rządzisz-opowiedział z pełną buzią-razem się wykąpiemy?-dodał ze śmiechem.
************************************************************************
-Jak czysto!-powiedział Lewy, chodząc po wszystkich pokojach i z nie do wierzeniem patrząc na owoc naszej pracy.
-Kto idzie pierwszy się kąpać?-rozpakowałam już na łóżku swoje rzeczy. Wrócił do sypialni i zapytał podejrzliwie:
-A ile ci zejdzie?-zobaczył moje kosmetyki i głośno wciągnął powietrze.
-Jakąś godzinkę... A tobie?-zapytałam układając swoje rzeczy na półce
-20 minut.... NIE, NIE WOLNO!-powiedział i zaczął zgarniać moje rzeczy z szafki nocnej.
-Co ty mi tu...
Stanął nade mną z poważną miną.
-Ta szafka-wskazał moją nocną szafkę-nie jest zwykłą szafką... Ta szafka jest...-przerwał, szukając odpowiedniego słowa-...jest najważniejszą szafką w całym tym mieszkaniu.
-Przechodzisz nią do Narnii?-zapytałam kpiąco.
-Nie pyskuj tylko zabieraj swoje rzeczy... na tej szafce leżą moje rzeczy-powiedział i zaczął wyliczać na palcach- telefon, klucze do samochodu, klucze do domu, klucze do mieszkania... A w środku-nabrał więcej powietrza- dokumenty, prawo jazdy, dowód osobisty, paszport i takie tam... Dlatego ta szafka jest najważniejszą szafką!-zakończył wzniośle.
-Dlaczego jej sobie nie weźmiesz tam?-wskazałam jego łóżko-albo nie przełożysz tam tych dokumentów?
-To moje mieszkanie i ma tak być jak jest.
Powoli przygotowywałam rzeczy do kąpieli. Plan był takie, żeby w odpowiednim momencie złapać je i wybiec z pokoju, żeby jako pierwsza zająć łazienkę.Zauważył to. Spojrzeliśmy po sobie.
-Idź pierwszy.
-Idź pierwsza-powiedzieliśmy w tym samy momencie.
-Skoro tak-zaczęłam, ale przerwał mi.
-Naprawdę mogę?-złapał swoje rzeczy leżące na krześle i wybiegł z pokoju.
-Powinnam iść pierwsza-krzyknęłam wybiegając za nim na korytarz.
-Sorry mała, może innym razem-powiedział zawadiacko. Rzuciłam w niego butem, ale zniknął za drzwiami. Słyszałam jak śmieje się w łazience.
*************************************************************************
Kolejne dni spędziłam na poznawaniu miasta i treningach, ale...
O TYM W KOLEJNYM ROZDZIALE. DZIĘKUJĘ ZA MIŁE SŁOWA <33 KOCHAM WAS <33 JESZCZE TYLE DO OPOWIEDZENIA :D
PROSZĘ, SKOMENTUJ :)




















Fajne :D
OdpowiedzUsuńdzięki <33
Usuńwooow jaki przystojny Robercik :D
OdpowiedzUsuńmój mąż hahaha <33
UsuńUGHHHH ale ta ANKA jest wkurzająca! Ale Magda świetnie sobie radzi jak widzę :D
OdpowiedzUsuńHAHHHAA :D zawsze i wszędzie :D <33
Usuńhahahaha, ale słodkie gify i zdjęcia mmmmm :D
OdpowiedzUsuń<333
Usuń